Slider

wtorek, 21 kwietnia 2015

Balbina i Aga - czyli historia łysej suni z Poznania, która podbiła moje serce

ZANIM BALBINKA TO:...
Historia moja i Balbinki, czyli mojego największego skarbu i radości życia zaczęła się w 2010 roku w lutym.

Po odejściu mojej poprzedniej ukochanej suni Lei, która również była adoptowanym ze schroniska pieskiem zaczęłam udzielać sie w serwisie poświęconym pomocy bezdmomnym i chorym zwierzętom Szukałam miesjca, w którym będę mogła w konkretny sposób pomagać, nie adoptując na razie kolejnego pieska. W domu był  przekochany, lecz już leciwy, gdyż 16 -letni pies Filuś, którego przyjęliśmy pod swój dach gdy miał 3 tygodnie.
Filuś z uwagi na swój wiek i liczne choroby wymagał mnóstwa uwagi i pomocy, gdyż podobnie jak Lusia był już bardzo schorowany i całą swoja uwage skupiliśmy wówczas na nim oraz na zapewnieniu mu najlepszej opieki.

  Niedługo potem wyprowadziłam się od rodziców, a tym samym opieka na Filusiem, który de facto był ukochanym "syneczkiem" mojej mamy, i z którym nigdy nie zgodziłaby się rozstać, spoczywała w największej części na niej, Po wyprowadzce poczułam mega pustkę. Brak czworonożnego domownika na co dzień sprawił, że w jeszcze większym stopniu czułam potrzebę zaangażowania się pomoc innym zwierzętom.

Wszystkie bezdomniaki wzbudzały moje zainteresowanie i współczucie; starałam sie pomagać w ramach moich możliwości jak najwięcejszej ilości. Czasem była to pomoc materialna, czasem pomoc przy przeprowadzeniu wizyty przed lub pooadopcyjnej, ale zawsze ostateczny CEL był jeden: znaleźć nowy najelpszy pod słońcem DOM dla potrzebujacej psiny.

W międzyczasie zupełnie spotanicznie i nieplanowanie pojawił się w moim domu kolejny członek rodziny, mianowicie Lordzik vel Kajtek, który trafił pod moje skrzydła całkiem "przypadkiem", ale niestety tylko na miesiąc:(
O tym w kolejnym wpisie na blogu, bo to zdecydowanie dłuższa historia.


Po opuszczeniu mojego domu przez Lordzika zrozumiałam, że nie wystarczy mi juz pomaganie online, nawet jeśli od czasu do czasu mam okazję osobiście zaangazować się w pomoc. Po śmierci Lusi długo nie byłam gotowa przyjąć nowego członka rodziny, gdyż ona cały czas królowała w moim sercu, ale to właśnie Lordzik i jego wyjątkowa historia sprawiły, że postanowiłam iść na przód. Zrozumiałam, że Lusia zawsze będzie miała w moim życiu szczególne miejsce, a przyjęcie nowej psinki nie oznacza wcale, że o niej nie pamiętam, czy mniej ją kocham.


POJAWIENIE SIĘ BALBINY

Balbinka w swojej zbitej ze starych desek  budzie w schronisku
Wertując wpisy i ogłoszenia o porzuconych i schorowanych psiakach natrafiłam na historię jednej konkretnej suni, mianowicie Balbiny - łysej suni o sterczących uszach, która zimą otulona jedynie w szalik została przerzucona przez płot schroniska w Poznaniu.


Balbinka w schronisku w Poznaniu

Przez kilka dni zaglądałam regularnie na wątek sprawdzając co słychać u tej małej wyniszczonej nużycą http://www.vetopedia.pl/article149-1-Nuzyca_u_psa.html  suni.

Gdy dowiedziałam się, została zabrana ze schroniska przez wolontariuszy z fundacji i umieszczona w lecznicy, była przeszcześliwa.


Balbinka w lecznicy w Śremie koło Poznania









Leczenie było kosztowne z do tego dochodziły opłaty za pobyt Balbiny w lecznicy, Wolontariusze wraz z fundacją mieli pod opieką całą masę innych potrzebującyh psów i kotów, i pobyt Balbiny w lecznicy stawał sie coraz większym obciążeniem. Wolontariusze zamieścili w sieci filmik:  https://www.youtube.com/watch?v=H_NKNo4psEo z Balbinką, która nadal przebywała w lecznicy. Filmik ten powalił mnie na kolana. Już wcześniej, gdy oglądałąm jej zdjecia, to serce mi się ściskało, ale po obejrzeniu filmiku było pewne, że ona rozkochała mnie w sobie do reszty!
Gdy dowiedziałam się, że fundacja zaczęła poszukiwać domu tymczasowego, w którym sunia będzie mogła kontynuować leczenie wiedziałam kto musi być i będzie jej DOMEM.

PRZYGOTOWANIA
Napisałam do szefowej fundacji z prośbą rozpatrzenia mojej kandydatury, mając oczywiście nadzieję, że nie jest jeszcze za póżno i nikt inny mnie nie uprzedził.
Zaczęłam sie przyuczać, jak należy postepować ze zwierzęciem chorym na nużycę i co będzie należało robić, aby leczenie Balbinki było efektywne.
Musiałam poczekać, aż weterynarz wyda pozytywną opinię o stanie zdrowia Balbinki, co pozwoli z kolei na opuszczenie przez sunię lecznicy.
W chwili, gdy wyniki badań suni były wystarczająco pozytywne i było już wiadomo, że leczenie przynosi oczekiwane rezultaty, otrzymałam wiadomość o wizycie przedadopcyjnej,  która będzie zdecyduje o tym, czy Balbinka przyjedzie do nas czy nie.
Byłam bardzo przejęta i zestresowana, gdyż bardzo mi zależało na tym,  aby wolontariuszka, która do mnie przyjdzie wydała pozytywną opinie. Dzięki tej wizycie poznałam wyjątkowych, wspaniałych ludzi: niepowtarzalną kobietę - Izę i jej męża Maćka. Mimo, iż wcześniej wypełniłam ankietę przedadopycjną, to Iza zadawała mi mnóstwo pytań. . WSZYSTKO zależało teraz od decyzji Izy... Wiedziałam, że ona się zna na rzeczy, to była wieloletnia wolontariuszka, która zjadła sobie zęby na wizytach przedadopcyjnych, Na szczeście znalazłyśmy wspólny język i wszystko potoczyło się bardzo dobrze.
Jeszcze tego samego wieczora dostałam telefon, że przeszłam pomyślnie wizytę i teraz już tylko dni dzielą mnie od przyjazdu małego urwisa. Balbinka bowiem dała się poznać pracownikom lecznicy jako mały łobuziak i psotnik.

WIELKI DZIEŃ
Nadszedł ten wielki dzień: 26 marca 2010.
Z samego rana wyruszyliśmy z Łodzi pod Poznań, aby bezpośrednio z lecznicy odebrać mojego nowego członka rodziny.
Zaskoczyło mnie, że Balbinka tak bardzo zżyła się z opiekunami i pracownikami lecznicy. Wydawało się, że wcale nie ma ochoty opuszczać lecznicy.
Udało się jednak pzekonać malucha, aby wsiadła z nami do auta i umościła sobie miejsce na moich kolanach. Podróż przebiegła nam bez komplikacji.


Gdy tylko dotarliśmy do domu, Balbinka od razu ropzoznała, gdzie specjalnie dla niej zostało przygotowane posłanie; miejsce zabaw i wylegiwania się.


Największą radość sprawił jej widok pierwszej zabawki w nowym domu, czyli Dinomira (gumowego zielonego dinozaura).

Pierwsze godziny minęły na super zabawie; udało się, że Balbinka ok. 2 w nocy padła ze zmęczenia, po wcześniejszych szaleństwach z gumopwym dinusiem i piszcącą piłeczką. :) Ona uwielbia zabawy jak szczeniak. W nocy po kilku próbach wejścia mi do łożka wreszcie ułożyła się na posłanku i zamotała w kocyku tak, że nie było jej widać. :) Podusie podziurkowała niczym profesjonalny dziurkacz, ale i tak chętnie się w nią w nocy wtulała.

Ukochany Dinomir towarzyszył nam we wszystkich zabiegach pielęgnacyjnych, który przez kilka następnych tygodni było niemało. Choć stan zdrowia Balbinki cały czas się poprawiał, to jednak wymagała ona regularnych kąpieli leczniczych, podawania leków oraz wizyt w lecznicy. Kąpiele i nacieranie spejalnym płynem znosiła ze spokojnem i cierpliwością; nigdy nie okazywała zmęczenia ani się nie wierciła stojąc np. w brodziku kilknaście minut i czekając, aż wszystkie łapki i miejsca, w których miała jeszcze widoczne ślady po ranach zostaną dobrze oczyszczone i nasmarowane leczniczą substancją. Podobnie było w lecznicy: święta cierpliwość towarzyszyła naszej księżniczce podczas badań czy zastrzyków, które przyjmowała raz na dwa tygodnie.


Bardzo szybko zadomowiła sie w naszych czterech ścianach. Nigdy bym nie powiedziała, że jest to sunia po przejsciach, gdyby nie fakt, że znałam jej koszmarną historię. Była bardzo ufna w stosunku do ludzi,a na sperkach z radością i przyjaznym nastawieniem podbiegała do innych psów. Chciała ganiać się i bawić z każdym napotkanym w parku psem:)
Wiosna 2010 zaczęła sie dla nas naprawdę pięknie! Z każdym dniem Balbinia miała więcej sierści i odzyskiwała siły. Jednocześnie moża było śmiało powiedzieć, że rozrabiała coraz bardziej. 

Po upływie kilku miesięcy ślad po chorobie zupełnie zniknął. Wysiłek zarówno wolontariuszy jak i nas doczekał się wymarzonych efektów! :) Opłacało się!!!
Pierwsza wiosna w nowym domu (kwiecień 2010)

Balbina 2015:)!
Mineło już 5 lat od kiedy Balbika jest z nami. Każdy dzień z nią to przygoda i zaskoczenie, bo pomysłów na psoty ona ma tysiące i nigdy się z nią nie nudzimy. Jej radosny pyszczek i machający ogonek wypełnia radością cały dom - JEJ DOM:)!











czwartek, 16 kwietnia 2015

Ramos i Monika - nasza historia

Ramos ma mniej więcej 3 lata. Czemu mniej więcej? Bo jest z nami od września 2013, a jego wcześniejsze losy są nam nieznane.










Nieznane, choć łatwe do przewidzenia. Pozostałości łańcucha na szyi i rana na karku, niedokarmienie i szorstka, brudna sierść świadczyły o jego losie psa na łańcuchu. Tym bardziej, że przybłąkał się do nas na działkę, gdzie w okolicy były jedynie wiejskie gospodarstwa. Nasza historia zaczęła się niezwykle. Dzwonił swoim łańcuchem i zakłócał nasz relaks przy grillu pewnego sierpniowego wieczoru. Nie wiem dlaczego, ale myślałam, że to na pewno suczką (może dlatego, że od zawsze mam psy i zawsze chciałam mieć suczkę!). Tak czy inaczej, dostał grillowaną kiełbasę i kaszankę, miskę z wodą oraz stare prześcieradło do spania pod drzewem. Zdjęliśmy mu łańcuch (o dziwo się nie bał). I poszliśmy spać. Rano wyjrzałam zaspana przez okno letniskowego domku, a tam…. mój przyszły pies, moje oczko w głowie, największa iskierka mojego życia leżała posłusznie na prześcieradle rozłożonym przeze mnie, obok miski z wodą, rozglądając się niepewnie dookoła.
Tak wyglądał Ramos, gdy pierwszy raz go zobaczyłam
Wyszłam - nawet się nie poruszył. Bał się dotyku, ale nie uciekał. Cały dzień walczyłam telefonicznie szukając dla niego miejsca w jakimś hoteliku. Pomagał mi nikt inny, jak moja obecna przyjaciółka i współtwórczyni bloga - Agnieszka. Znalazło się miejsce w przytułku pod Poznaniem. Mieliśmy tylko zabrać go do Łodzi do naszego mieszkania na dwie noce, a potem przetransportować. Musieliśmy działać szybko, bo kilka dni później wyjeżdżaliśmy na wakacje do Grecji.

Cały dzień na działce go obserwowałam. Chodził za mną, ale bał się dotyku, przerażały go gwałtowne ruchy. Zauroczył mnie absolutnie, kiedy wyszedł poza bramę działki i już myślałam, że odejdzie, że gdzieś odbiegnie i nie wróci. A on - załatwił swoje potrzeby i wrócił na teren działki…
Wieczorem miał już smycz i obrożę, umówioną wizytę u weterynarza i musiał wsiąść do samochodu. Nie mój partner, nie przyjaciel, który był z nami, ale ja jedyna uznałam, że nie boję się ryzyka, jestem gotowa na ewnetualne ugryzienie i wzięłam go na ręce (15 kg) i wsadziłam do auta. Nawet nie jęknął. Po drodze leżał i się trząsł, a ja głaskałam go bez ustanku.
Następnego dnia mój partner poszedł do pracy, ja miałam wolne. Zostałam z Ramosem (wcześniej Lucky’m, nazwanym tak na porzeby adopcji, bo oczywiście poruszyłam niebo, ziemię i facebook’a, żeby znaleźć mu dom). Ramos cały czas się bał. Prawie nie wychodził z balkonu. Nie potrafił chodzić po schodach, musiałam go wnosić i znosić, nauczyć stawiać łapki na stopniach.

Na balkonie czuł się bezpiecznie i wówczas dawał skusić się na przysmak jakim była kostka

W mieszkaniu leżał tylko w jednym miejscu, w kuchni. Gdy wyszłam do sklepu i wróciłam - leżał dokładnie w tym samym miejscu, w którym go zostawiłam.
Jak znalazłam mu dom? Serce mi pękało jak patrzyłam w te smutne oczy, które nawet nie chciały na mnie spojrzeć. Kiedy patrzyłam na rocznego psa z wypadającą, poszarzałą sierścią, przerażonego i stłamszonego, smutnego i cichego, nie dałam rady. Nie chcieliśmy psa (dopiero co wprowadziliśmy się do ciasnego, ale własnego mieszkanka) i planowaliśmy mieć psy dopiero, kiedy zbudujemy dom. Kiedy mój partner wrócił z pracy, stanęliśmy w drzwiach balkonu i patrzyliśmy na biednego psiaka leżącego na naszym balkonie. Zapytałam prosto z mostu, czy może zostać z nami. Bałam się odpowiedzi, w zasadzie znałam odpowiedź i wiedziałam, co usłyszę. Ale są dobre serca na tym świecie i jedno z nich należy do mojego partnera. Odpowiedział, że oczywiście i że już od rana czuł, że Lucky (vel. Ramos) znalazł już dom.


Podczas naszego tygodnia wakacji pod opiekę wzięła go babcia.
Po naszym powrocie Ramos i staliśmy się nierozłączni. Nieśmiały, cichy i przestraszony, powoli zaczynał merdać ogonem. Ale po miesiącu trafiłam do szpitala. Ramos został sam z moim partnerem na tydzień. Na drugi dzień mojego pobytu w szpitalu, Ramos został odwieziony do babci (rzekomo mój narzeczony wspierał mnie w chorobie i nie miał kto się nim zająć). Jak się okazało, powód był inny. W pierwszą noc mojej nieobecności Ramos dostał drgawek i dziwnego ataku, spadł z łóżka, cały się trząsł. Po moim wyjściu ze szpitala dowiedziałam się, że to może być padaczka. Może pourazowa, może wrodzona, może to był pojedynczy atak i więcej się nie powtórzy, może to chora wątroba, może jakiś guz...


Teraz, 1,5 roku później, przeszliśmy już kilka ataków. Nigdy nie wiemy kiedy nastąpią. Jesteśmy uzbrojeni w leki, które przerywają napady. Ramos ma zdiagnozowaną padaczkę. Może dlatego ktoś wyrzucił go z podwórkowego łańcucha albo przywiązał gdzieś do drzewa? Może dlatego znalazł właśnie nas? Może wiedział, że to do nas powinien przyjść. To sprawia, że jeszcze bardziej cieszymy się, że jest nasz. On nie mógł lepiej trafić, ale my tym bardziej. Jakkolwiek trudne będzie dalej nasze wspólne życie - nie żałowałam nigdy, ani chwili. Wystarczy spojrzeć w jego wesołe oczy.
Zapraszamy Was serdecznie do śledzenia naszej historii i ślemy gorące i wilgotne buziaki od Ramosa






Blog Designed by The Single Momoirs